Myślałem, że ludzie idą na studia, po to żeby studiować, czyli o ile się nie mylę, z łaciny oznaczało to 'dążenie do i poszukiwanie wiedzy'...
Tymaczasem ("Meanwhile, in Tupac news") ponad 70% (może zaniżam, ale głupio by wyglądało 90, nie?) osób na moim i zapewnie nie tylko moim kierunku myśli tylko o tym jak zaliczyć kolejny semestr, ewentualnie co zrobić, żeby mieć średnią dającą stypendium (przemilczę wykuwanie materiału bez rozumienia go, choć wydawałoby się że na związanym bądź co bądź z matematyką kierunku jest to niemożliwe)...
Z marzeniem jak najszybszego skończenia studiów i dostania papierka z napisem magazynier... Po ciul (kolokwialnie ujmując) komu studia i po ciul komu ten papierek, żeby pokazać pracodawcy (pozdrowienia z tego miejsca dla wszystkich CV hunterów)?
Być może i są tacy pracodawcy, którym posiadanie tego papierka robi różnicę, ale mam nadzieję, że będzie jednak coraz więcej takich, dla których większe znaczenie będą miały posiadane umiejętności...
Druga sprawa, to coraz większa liczba dresiarstwa i ćwierćinteligentów (bo nie chcę nikogo obrażać :P) na studiach. Zdawało mi się, że na studiach są ludzie inteligentni, albo przynajmniej mogący się poszczycić posiadaną wiedzą, ale jednych i drugich jest stosunkowo niewiele (w stosunku do całości).
To 'rozczarowanie' wynikać też może z tego, że być może mam wyidealizowany obraz studiów pokolenia mojego taty.
Tak wiem, marudzę...
Te myśli chodzą mi po głowie już od jakiegoś (od pierwszego roku?) czasu, ale jakoś wcześniej nie chciałem o tym pisać? nie miałem odwagi? myślałem, że to tylko mylne wrażenie?
Nie to z pewnością nie jest tylko wrażenie.
Nie mówię, że odstaję znacznie od tego 'modelu', ale po prostu nie podoba mi się to i już.
Cieszę się natomiast z poznanych na studiach (nonkonformistycznych) przyjaciół i z tego, że nie pasują do opisanego wyżej 'modelu'.
gim.org.pl is down






